Zamek nie-całkiem-królewski

Tym razem moje zwiedzanie stolicy Szkocji było dużo bogatsze w popularne atrakcje turystyczne. Dałam się skusić na odwiedzenie Edynburskiego Zamku, podziemnych uliczek Mary King’s Close i Muzeum Narodowego Szkocji.

Może najpierw kilka słów wyjaśnienia tytułu wpisu. Od Szkotów dowiedziałam się, że tylko Polacy nazywają ten zamek Royal Castle. Co prawda znajduje się on przy Royal Mile, czyli głównej ulicy starego miasta, ale tutejsi mieszkańcy nazywają go po prostu Edinburgh Castle.

Zamek jest fortecą, w której najstarszy zachowany budynek pochodzi z XII wieku. Znajduje się on, a jakże, na skale zamkowej, czyli Castle Rock.

Na zamkowym dziedzińcu znaleźć można Mons Meg, armatę, która zajmuje honorowe miejsce na jednym z placyków. Zapytasz czemu honorowe? Wszystko wyjaśnia tabliczka. 😀

Armata po prostu dzielnie broniła zamku przeszło 500 lat temu! Dlatego teraz staruszce należy się szacunek. 😉

Nie mogło też zabraknąć flagi Szkocji, Wielkiej Brytanii i szkockiej flagi królewskiej. Ale o tym więcej we wpisie z Muzeum. Swoją drogą ten lew na fladze królewskiej jest tu uroczy! 🙂

Najstarszym budynkiem jest kaplica św. Małgorzaty. Jest to jedyny budynek, który przetrwał od XII wieku. Został zbudowany w 1130 roku przez Dawida I i poświęcona jego matce, królowej Małgorzacie. Święta Małgorzata była członkiem angielskiej rodziny królewskiej. Byłą zaangażowana w działania dobroczynne, za co kanonizował ją w 1250 roku papież Innocenty IV. W XVI wieku kaplica była składem broni, a później zyskała sklepienie łukowe, które miało też stanowić umocnienie militarne. Obecnie w St Margaret’s Chapel odbywają się chrzty czy śluby. Jedynym warunkiem jest zmieszczenie tu wszystkich gości (a kaplica nie jest duża).

Do zwiedzania udostępniona jest również wieża, gdzie wieziono ponad 100 żołnierzy podczas oblężenia zamku. Ciekawe fakty o David’s Tower można znaleźć na tej stronie.

Z zamkowego placu widać Dog Cemetery, czyli miejsce, w którym są pochowane psy rodziny królewskiej.

IMG_3813

Natomiast w budynku The Honours of Scotland: The Scottish Crown Jewels znaleźć można królewskie insygnia. Szkockie insygnia królewskie, zwane też „honorami”, składają się z korony, miecza królewskiego i berła. Należą one do najstarszych klejnotów koronnych w świecie chrześcijańskim.

crown-jewels.jpg

zdjęcie klejnotów pochodzące ze strony Zamku Edynburskiego

Korona wykonana jest ze złota wydobytego w Szkocji i ozdobiona perłami i kamieniami szlachetnymi m.in. diamentami, ametystami i granatami. Berło wykonane jest ze złoconego srebra i zawiera w sobie kulę z kryształu górskiego.

Wszystkie te informacje pochodzą z ulotek dostępnych w poszczególnych budynkach zamku również po polsku! Zawierają wiele ciekawostek. Przykłady poniżej (kliknij w zdjęcie, aby je powiększyć):

Zaraz obok klejnotów koronnych, w strzeżonej sali, w której nie można robić zdjęć, znajduje się też Kamień Przeznaczenia.

IMG_20170329_095558

Wygląda on tak:

Stone-of-Destiny-Ten-Facts-about-the-Castle-of-Edinburgh_thumb.jpg

zdjęcie z internetu (link)

Z kamieniem wiąże się jeszcze jedna ciekawa historia, którą pierwszy raz usłyszałam od przewodnika podczas Free walking tour dwa tygodnie temu.

Tekst pochodzi z portalu Historia Focus.pl:

[…] Szlachetne pobudki, niewiarygodne szczęście i przekonanie o słuszności sprawy sprowadziły czworo szkockich studentów na drogę przestępstwa, którego celem była kradzież…kamienia.  Zwykłego? Nie bardzo. To koronacyjny kamień królów Szkocji, święta relikwia, którą ponad 650 lat wcześniej zawłaszczyli Anglicy. Dlatego Szkoci nie mówią o rabunku, ale co najwyżej o uwolnieniu Kamienia z angielskiej niewoli.

Kamień pełnił istotną rolę w procesie rekrutacji na królewskie stanowisko – opiniował przyszłego władcę Szkocji. Kandydat zasiadał na nim przed koronacją. Jeśli nie był godzien zaszczytu, kamień zachowywał wzgardliwe milczenie. Gdy jednak kandydat okazał się właściwy – głaz wydawał przeciągły jęk. Dlaczego jęczał zamiast np. wznosić okrzyk radości, nie wiadomo. Być może ma to coś wspólnego z ciężkim losem władców szkockich. Siedzenie na niewygodnym quasi-tronie stanowiło zwykle wstęp do kłopotów związanych z obejmowaną posadą.  […]

Mózgiem akcji w Westminsterze w 1950 r. był Ian Hamilton, 25-letni student prawa na Uniwersytecie w Glasgow. Wraz z trójką wspólników (również studentów: Gavinem Vernonem, Alanem Stuartem i Kay Matheson) przyjechali (20 godzin jazdy w mrozie, bez ogrzewania) do Londynu po południu 23 grudnia. Plan mieli prosty: Hamilton ukrywa się w opactwie, czeka na jego zamknięcie, następnie otwiera drzwi od strony kościoła św. Małgorzaty, wpuszcza resztę szajki. Zabierają Kamień i uciekają. Hamiltonowi (uzbrojonemu w pilnik, piłę, śrubokręt, klucz maszynowy i półmetrowy łom) rzeczywiście udało się skryć pod sporym wózkiem z przyborami do mycia okien. Niedługo po godzinie 18, gdy Opactwo Westminsterskie było już zamknięte, a światła zgaszone, postanowił znaleźć lepszą kryjówkę. Zdjął buty, by poruszać się bezszelestnie, przeszedł kilka metrów i wpadł na strażnika. Na szczęście strażnik nie był zbyt dociekliwy. Uwierzył w naprędce wymyśloną opowieść, że ma do czynienia z bezdomnym, szukającym miejsca na nocleg. Odprowadził „włóczęgę” do wyjścia, a na pożegnanie dał mu pół korony [brytyjska moneta warta 2 szylingi i 6 pensów – przyp. red.] na jedzenie. Po latach Hamilton wspominał, że ciągle czuje wyrzuty sumienia z powodu niezasłużenie przyjętej jałmużny. Resztę nocy konspiratorzy spędzili w samochodzie, oszczędzając skromne fundusze, którymi dysponowali. Rano przeziębioną Kay umieścili w pobliskim hoteliku. Gdy wrócili po nią w środku następnej nocy, właściciel hotelu zaniepokojony wizytą podejrzanych osobników zawiadomił policję. Cała czwórka została wylegitymowana, a potem… puszczona wolno.

25 grudnia 1950 r. szkocka szajka zaparkowała auta w bocznej uliczce koło opactwa, nieopodal wejścia prowadzącego do Zaułka Poetów. Kay została w jednym z nich, a mężczyźni wkradli się do budynku. Po kilkunastu minutach Hamilton wrócił z odłamanym kawałkiem Kamienia, rzucił go na tylne siedzenie samochodu i znów zniknął we wnętrzu opactwa, by pomóc przeciągnąć główny blok, wleczony na płaszczu. […]

Wrócił więc do opactwa, gdzie odnalazł porzucony blok. Po wspólnikach i płaszczu nie było jednak śladu. Niezrażony przeciwnościami, przy świetle co chwila gasnących zapałek szukał kluczy na podłodze. I, o dziwo, je znalazł. Następnie zapakował Kamień do auta („bez najmniejszego trudu” – jak wspominał, choć blok ważył grubo ponad 100 kilogramów) i ruszył w kierunku mostu Westminsterskiego. Nie znał jednak dobrze topografii Londynu i po chwili zgubił się w plątaninie wąskich uliczek. Ku swemu zdziwieniu na jednej z nich spotkał spacerujących Vernona i Stuarta, którzy uciekli z opactwa na widok policjanta (płaszcz zostawili na parkingu, gdzie po kilku godzinach odnalazł go Hamilton). Ostatecznie udało im się opuścić Londyn i bezpiecznie ukryć łup w okolicy Rochester, w południowo-wschodniej Anglii. Sami wrócili do Glasgow, by przeczekać najgorętszy okres policyjnych poszukiwań. Na przewiezienie Kamienia do Szkocji nie mieli najmniejszych szans. Granica angielsko-szkocka po raz pierwszy od 400 lat została szczelnie zamknięta.

Po kilku dniach, gdy sytuacja trochę się uspokoiła, wrócili do Rochester. W miejscu, w którym ukryli Kamień… znaleźli cygański obóz. I znów szczęście im sprzyjało. Cyganie podeszli ze zrozumieniem do patriotycznej motywacji Szkotów i pomogli załadować łup do samochodu. Droga do Glasgow przebiegła już bez przeszkód. Gdy Szkoci znaleźli się na ojczystej ziemi, uczcili powrót Kamienia do domu, skrapiając go narodowym trunkiem. Kamień co prawda powrócił do ojczyzny, ale jego oswobodziciele nie mieli pojęcia, co dalej z nim zrobić. Przewozili go więc z miejsca na miejsce, aż wreszcie po kilku miesiącach porzucili w Opactwie Arbroath, kolejnym symbolicznym miejscu: w 1320 roku została tam podpisana deklaracja niepodległości Szkocji. Policja odnalazła Kamień, a wkrótce również i jego porywaczy. Nie było to trudne, gdyż – jak przyznał Hamilton – nie zacierali śladów: „Policja po prostu zapytała w Mitchell Library w Glasgow, czy ktoś wykazywał szczególne zainteresowanie Kamieniem Przeznaczenia. Sprawdzili dokumentację biblioteki i w ten sposób dowiedzieli się, że pożyczyłem każdą książkę, jaka była na temat Opactwa Westminster”. Kamień wrócił do Westminsteru na czas, by zdążyć na koronację Elżbiety II w 1953 roku. Z czwórką złodziei/oswobodzicieli brytyjski wymiar sprawiedliwości obszedł się wyjątkowo łaskawie. Nigdy nie postawiono ich w stan oskarżenia. Argumentowano bowiem, że nie wiadomo, kto jest prawowitym właścicielem Kamienia. Prawdopodobnie jednak obawiano się eskalacji konfliktu szkocko-angielskiego.

Kamień przeleżał pod brytyjskim tronem ponad czterdzieści kolejnych lat. Aż wreszcie w listopadzie 1996 roku – 700 lat po zagrabieniu skarbu przez Edwarda I – rząd Johna Mayora zwrócił Szkotom ich relikwię. Oczywiście pod warunkiem, że wypożyczą ją do następnych koronacji. Od tego czasu Kamień Przeznaczenia spoczywa na zamku w Edynburgu. Choć nie jest to wcale takie pewne. Wśród Szkotów spotyka się bowiem opinie, że piaskowiec z Westminsteru nie jest prawdziwym Kamieniem Przeznaczenia. Ten miał być ukryty w 1296 roku, a mnisi ze Scone oddali angielskim żołdakom jedynie marną podróbkę narodowej relikwii. Zwolennikiem takiej tezy jest obecny premier rządu Szkocji Alex Salmond, z wykształcenia historyk. Inna teoria wskazuje, że Kamień przejął tajny Zakon Templariuszy – wtedy, gdy po udanej kradzieży zabytek był ukrywany w Szkocji. Miało wówczas powstać kilka kopii, wykonanych przez kamieniarza z Glasgow, i to jedna z nich wróciła do Londynu. Dla Iana Hamiltona blok piaskowca, dla którego tak narażał się przed 60 laty, ma moc magiczną. „Gdy pierwszy raz dotknąłem go, poczułem, że trzymam w rękach duszę Szkocji” – mówił przed dwoma laty przy okazji premiery filmu fabularnego „Stone of Destiny”, poświęconego wydarzeniom nocy Bożego Narodzenia 1950 roku.

Wartym odwiedzenia na zamku jest też Więzienie dla jeńców wojennych. Lochy te służyły do przetrzymywania więźniów na przełomie XVIII i XIX wieku. Najbardziej zaskoczyły mnie chyba racje żywnościowe. Dwie pinty piwa i ponad pół kg chleba dziennie, porcja wołowiny, sera i masła to racja większa niż dzienne wyżywienie niejednego studenta. 😀 Ale nie wszyscy więźniowie mieli tak dobrze. Jeńcy amerykańscy dostawali tylko 1 funt chleba dziennie, ponieważ byli traktowani jak rebelianci.

Ponownie kilka ciekawostek z zamkowej ulotki:


Ale to jeszcze nie koniec zwiedzania! Po wizycie w zamku wybrałam się do Real Mary King’s Close. Szybka podróż w czasie i znajdujemy się w XVII-wiecznym Edynburgu, na jednej z tętniących życiem uliczek ówczesnego miasta.

zdjęcia: edinburghspotlight.com

Podczas zwiedzania poznać można nie tylko ogólną historię, ale też życie niektórych mieszkańców miasta. Ważną postacią jest Dr George Rae, lekarz, który próbował ratować ludzi podczas plagi dżumy. Ale robił to w dość dziwnym przebraniu. Chodził ubrany w czarny płaszcz i maskę z dziobem. Miało go to podobno uchronić przed złymi duchami. Władze obiecały mu sporą sumę pieniędzy, ponieważ spodziewali się, że podobnie jak poprzedni doktor – John Paulitious – zapadnie na tę chorobę i umrze. Okazało się jednak, że doktor Rae przeżył, lecz do końca życie nie udało mu się dostać obiecanych funduszy.

Ciekawy opis Real Mary King’s Close znalazłam na blogu Artura Dormanna. Polecam zajrzeć do niego tutaj.


Dużo historii jak na jeden weekend. 😀

Zapraszam do przejrzenia pozostałych postów z tej wizyty w Edynburgu:

Edynburg po raz drugi

Szkocka flaga i trochę historii

Trzy szkockie potrawy i spalanie kalorii

Advertisements

5 thoughts on “Zamek nie-całkiem-królewski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s